Niemiec ocalony z egzekucji wspiera powstańców w Warszawie

W czasie Powstania Warszawskiego nieczęsto zdarzało się, aby Niemiec odwdzięczył się Polakowi za okazaną litość. Z taką sytuacją spotkał się jednak Zbigniew „Szczerba” Blichewicz. Pewnego razu ocalił on jednego z Niemców przeznaczonych do egzekucji. Zrobił on dobre wrażenie na „Szczerbie”, ponieważ przyznał, że Polacy mają prawo uśmiercać Niemców w ramach odwetu za popełnione przez nich zbrodnie. W związku z tym „Szczerba” rozkazał oszczędzić wroga. Swoją decyzję określił później jako „zwycięstwo człowieczeństwa”. I rzeczywiście się ono opłaciło, ponieważ ocalały Niemiec wspierał później powstańców oraz żywił nieustanną wdzięczność wobec swojego wybawcy.

Tak wspominał o tym „Szczerba” w „Powstańczym tryptyku”, doskonałych wspomnieniach spisanych po wojnie, w których Blichewicz niezwykle szczerze opowiedział o kulisach toczonych walk:

„Wszedłem do bramy [6 września 1944], gdzie zostawiłem moje wojsko. Wziąłem czterech żołnierzy i udałem się z nimi pod barak w ogrodzie. Tu zabawa trwała nadal. Grupa cywilów przypatrujących się zabijaniu Niemców zmalała. To z niej uzupełniano szeregi egzekutorów. Na ziemi natomiast leżało znacznie więcej ciał zastrzelonych więźniów, niż poprzednio. Zbliżyłem się do baraku zdegustowany. Kolejnych dwu ludzi drgnęło trafionych wystrzelonymi z przyłożenia pociskami i opadło na ziemię niczym bezwładne, wiotkie worki. Krzyknąłem głośno:

– Stop! Przerwij ogień!

Wysoki akowiec, który właśnie wyciągnął pistolet i mierzył z bliska do następnego Niemca, obrócił głowę w moją stronę. Wraz z nim wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie. Wszedłem między żołnierza, a jego niedoszłą ofiarę i powiedziałem spokojnie:

– Ładnie się, widzę, zabawiacie, chłopaki…

Młody akowski dryblas trzymał ciągle pistolet wyciągnięty na wysokości mojego ramienia. Rozkazałem mu z drwiącym uśmiechem:

– Opuść ten komin, synu!

Spojrzałem na gromadę czekających na śmierć ludzi. Wszyscy patrzyli na mnie w sposób, którego nie potrafię opisać. W ich wzroku było wszystko: zwierzęcy strach, nadzieja, pytanie i krzyk, błaganie i znowu lęk.

Zatrzymałem wzrok na człowieku, do którego przed chwilą celowano.

– Kto jesteś?! – spytałem.

– On nie rozumie po polsku – odpowiedziano mi z tyłu.

Zapytany po niemiecku odpowiedział, że niedawno dopiero przyjechał do GG [Generalnego Gubernatorstwa], że nigdy w wojsku nie służył, że całe życie był cywilem, nigdy do partii nie należał i że jest z zawodu pirotechnikiem, więc może być pożyteczny. Patrzyłem mu obojętnie w oczy, on zaś łowił każdy ruch mięśni na mojej twarzy. Ale moja twarz nie wyrażała w tej chwili chyba nic. […]

Zimnym spojrzeniem zmierzyłem niemieckiego pirotechnika w cywilu. Zacząłem cedzić słowa, pod którymi Niemiec zdawał się kurczyć.

–Patrz, tak z nami walczą twoi rodacy! Teraz zadam ci pytanie. Od niego zależy twoje życie. Powiedz mi… Gdybym nawet chciał cię uratować… Czy ty, jako Niemiec, choćby i nie mundurowy… Czy ty masz prawo żyć?!

Szkop popatrzył mi jakiś czas w oczy, po czym spuścił wzrok i lekko pokręcił głową. Teraz ja nie od razu odpowiedziałem i znów jakiś czas patrzyłem tępo na człowieka, którego życie zależało od jednego mego gestu.

– No… to wygrałeś. Będziesz w takim razie żyć. Wystąp z szeregu! […]

Gdy rano wracałem z Brackiej [16 września] na czele wymęczonych chłopaków, droga wypadła nam przez ‘Braci Jabłkowskich’. W ciemnych pomieszczeniach eleganckiego kiedyś sklepu ktoś nagle chwycił moją rękę i ucałował. Spojrzałem zdziwiony. To ów niemiecki pirotechnik, ocalony od rozwałki.

– A cóż ty tu robisz? – spytałem po niemiecku.

– Tu jest nas kilku. Rozbrajamy niewypały bomb i pocisków. Bomby czasem niemieckie, a czasem sowieckie, jak ta przed pańską kwaterą. A teraz chciałem jeszcze raz wyrazić moją wdzięczność, Herr Leutnant. – powiedział niedoszły nieboszczyk.

– Cieszę się, że się na coś przydajesz. To i wszystko… – i ruszyłem dalej.”

Bibliografia: Zbigniew Blichewicz, ps. „Szczerba”, „Powstańczy tryptyk”.

Fotografia tytułowa: jeniec niemiecki wzięty do niewoli po zdobyciu budynku PAST-y w Warszawie dnia 20 sierpnia 1944 roku. Eugeniusz Lokajski/Wikimedia, domena publiczna.