Jednym z najbardziej udanych niemieckich U-Bootów z czasów II wojny światowej okazał się U-Boot typu VII. Został on zaprojektowany jako „złoty środek”, mający łączyć zalety zarówno małych, jak i dużych okrętów podwodnych – miał także skutecznie operować w „wilczych stadach”. Jego początki i zalety w porównaniu do innych niemieckich okrętów podwodnych dokładnie opisał Karl Dönitz, jeden z głównych orędowników budowy U-Bootów typu VII (za: „10 lat i 20 dni. Wspomnienia 1935-1945”):
‘Do rozważań na temat typu okrętu podwodnego, jaki należałoby zbudować [dla Kriegsmarine], doszedł jeszcze kolejny aspekt: jest to jedyna klasa okrętu wojennego, który niezwykle rzadko, jedynie w wyjątkowych wypadkach, musi walczyć z sobie podobnymi jednostkami. Przy określaniu jego wielkości i siły bojowej odpada więc tak ważne w przypadku budowy innych klas okrętów pytanie dotyczące siły analogicznego typu tej samej kategorii okrętu wojennego domniemanego przeciwnika. […]
Siła U-boota nie zwiększa się, jak w przypadku innych okrętów wojennych wraz z jego wypornością. Przeciwnie, wiele cech, stanowiących o szczególnej sile broni podwodnej, pogarsza się przy przekroczeniu pewnej określonej wielkości, wydłużając na przykład czas zanurzenia, jaki potrzebuje okręt, aby osiągnąć bezpieczną głębokość. Sam manewr zanurzenia w przypadku większych jednostek, jest trudniejszy, ponieważ występują podczas jego wykonywania zbyt duże przegłębienia. To samo dotyczy pływania pod wodą. Cała techniczna obsługa okrętu podczas zanurzania jest znacznie bardziej skomplikowana i mniej przejrzysta dla głównego mechanika. Trudniej jest też sterować większą jednostką na głębokości peryskopowej niż małą, ponieważ wskutek jej większej długości, przegłębienia na dziób i rufę można doprowadzić do wyjścia okrętu na powierzchnię wody, zwłaszcza wtedy, gdy płynie on na głębokości peryskopowej podczas falowania morza lub w sztormie, tzn. zawsze przy użyciu go na pełnym morzu.
Poza tym większy okręt podwodny posiada mniejszą zdolność manewrowania, zarówno pod wodą, jak i na powierzchni – ma większy promień cyrkulacji, a więc potrzebuje więcej czasu, by wykonać zwrot o ten sam kąt. Zbyt wolno i gorzej dostosowuje się on również do zmieniających się sytuacji bojowych niż mniejszy okręt, co stanowi zdecydowaną wadę zwłaszcza w przypadku nocnego ataku. Większy okręt ma też większą sylwetkę i dlatego łatwiej go zauważyć w nocy.
Z drugiej strony można na nim naturalnie pomieścić więcej uzbrojenia, prowiantu i paliwa, co tym samym zwiększa jego zasięg działania i wpływa na poprawę warunków socjalnych. Ten punkt widzenia przyczynił się w przypadku wielu marynarek do podjęcia decyzji o budowie większych okrętów podwodnych. Należy tu jednak zaznaczyć, że załoga U-boota, nawet gdy posiada lepsze warunki socjalne, nie jest fizycznie zdolna do działania przez czas nieokreślony i w gruncie rzeczy po dwumiesięcznym rejsie bojowym potrzebuje wypoczynku. Z tego powodu większy zasięg działania ma również wartość względną.
Wszystkie te rozważania pozwalały na ogromną swobodę w wyborze typu okrętu. Chodziło o znalezienie najlepszej syntezy pomiędzy sprzecznymi wymaganiami, podyktowanymi funkcjonalnością rozwiązań technicznych, przede wszystkim zaś łatwością techniki zanurzania się i możliwościami manewrów taktycznych z jednej, a promieniem działania z drugiej strony. Powinna ona sprostać potrzebom operacyjnym. Takim „złotym środkiem” był okręt o wyporności około 500 ton waszyngtońskich. […]

Latem 1935 w Niemczech oddano do służby lub budowano:
- Dwanaście okrętów podwodnych typu „II” wyporność około 250 ton waszyngtońskich, 3 dziobowe wyrzutnie torped, prędkość nawodna 12–13 węzłów, zasięg 3 100 mil morskich. Bardzo udany, prosty, ale mały okręt.
- Dwa okręty podwodne typu „I” wyporność 712 ton waszyngtońskich, cztery dziobowe wyrzutnie torped i dwie rufowe, prędkość nawodna 17 węzłów, zasięg 7 900 mil morskich. Mniej udany typ – podczas szybkiego zanurzania się okręt miał skłonność do niebezpiecznego przegłębiania się na dziób i wymagał niezwykle sprawnej obsługi.
- Dziesięć okrętów podwodnych typu „VII” wyporność około 500 ton waszyngtońskich, cztery dziobowe wyrzutnie torpedowe i jedna rufowa, prędkość nawodna 16 węzłów, zasięg 6 200 mil morskich. Typ, który sprawdził się znakomicie w walce.
W 1936 roku […] należało zaprzestać budowy okrętu podwodnego typu „II” (wyporność 250 ton waszyngtońskich) dla flotylli „Weddigen”. Był on zbyt słabo uzbrojony (tylko 3 wyrzutnie dziobowe, żadnej rufowej), posiadał niewielki zasięg działania (3 100 mil morskich) i niezbyt dużą prędkość nawodną (12–13 węzłów). Powinno się było również zrezygnować z dalszej budowy okrętów typu „I” ze względu na ich problemy techniczne przy zanurzaniu.
Pozostawał więc typ „VII”. Powstał on w oparciu o istniejący już w czasach I wojny światowej typ „B III”, a udoskonaleń dokonali wyśmienici konstruktorzy okrętów podwodnych, ówcześni radcy budowlani: Schürer (budowa okrętów) i Bröking (budowa maszyn). Bardzo dokładne próby i doświadczenia praktyczne z tym okrętem we flotylli „Saltzwedel” pokazały niebawem, że był on niezawodny i bezpieczny w prowadzeniu. Jak na swoją wielkość posiadał on dużą siłę bojową. Przy niecałych 500 t wyporności (według ton waszyngtońskich) okręt ten z czterema dziobowymi wyrzutniami torped i jedną rufową mógł zabrać 12–14 torped. Czas zanurzenia wynosił 20 sekund. Posiadał szczególnie dobre właściwości podwodne. Na powierzchni był bardzo szybki (16 węzłów) i zwrotny. Wadą tego typu był zbyt mały zasięg (6 200 mil morskich) z powodu bardzo małych zapasów oleju napędowego (67 ton).
Wydawało mi się, że okręt ten będzie najlepszą syntezą wszystkich, nieco sprzecznych, wymagań, a tym samym idealnym okrętem podwodnym, jeśli tylko uda się minimalnie go powiększyć, zapewniając mu znacznie więcej paliwa, a tym samym zwiększyć jego zasięg działania. Mechanik flagowy zespołu, Thedsen, wysunął bardzo praktyczną propozycję. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu pewnej wolnej jeszcze przestrzeni w konstrukcji tego typu okrętu i jednoczesnemu powiększeniu jego wyporności o zaledwie 17 ton waszyngtońskich można mu było zapewnić, przy zwiększeniu ilości paliwa do 108 t, zasięg działania do 8700 mil morskich (typ VII b, 517 t).
Tymczasem w latach 1936–1937 nowa taktyka grupowa (taktyka „wilczych stad”) przybierała coraz trwalsze formy. W gruncie rzeczy była ona taktyką nawodną i manewrową, która dzięki odpowiedniemu rozstawieniu okrętów miała umożliwić znalezienie przeciwnika, utrzymanie z nim kontaktu na powierzchni wody i naprowadzenie innych okrętów podwodnych do wspólnego, przede wszystkim nocnego ataku nawodnego. Zwrotny i szybki okręt typu „VII” szczególnie dobrze nadawał się do takiego taktycznego współdziałania.’
Atak wilczego stada na konwój
Przykładowy atak „wilczego stada” U-Bootów miał miejsce 23 lutego 1941 r., podczas zakończonego sukcesem uderzenia na aliancki konwój OB 288. W jego trakcie dobrze zadziałała komunikacja między U-Bootami, dzięki czemu przeznaczone do akcji okręty Kriegsmarine dotarły do celu oraz uderzyły na konwój z dwóch stron. Dokładnie opisał to kpt. Jost Metzler, dowódca U-69 – U-Boota typu VIIC biorącego udział w tym ataku (za: „Śmiejąca się krowa. Opowieść dowódcy U-Boota”):
„Dwudziestego drugiego lutego nadszedł nowy rozkaz zaatakowania płynącego na zachód konwoju. W polowaniu miały wziąć też udział U 96, U 73 i U 95. U 73 dowodzony przez komandora-porucznika Rosenbauma, zdążył już nawiązać kontakt z konwojem.
Noc była granatowoczarna, na dodatek co chwila przechodziły burze śnieżne i gradowe. Nic nie było widać. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż nadejdzie świt. W pierwszych blaskach wstającego dnia dostrzegliśmy, jak w pewnej odległości od nas wynurza się okręt podwodny. Po kształcie kiosku natychmiast rozpoznaliśmy, że jest to okręt niemiecki. Z ostrożności wymieniliśmy sygnały rozpoznawcze – okazało się, że był to U 96. Przyjaźniłem się z jego dowódcą, Lehmannem-Willenbrockiem.

Przez megafon przekomarzaliśmy się chwilę, pogadaliśmy o naszych sukcesach, po czym omówiliśmy taktykę ataku na konwój. Aby uniknąć strzelania do tych samych statków, postanowiliśmy się rozdzielić i zaatakować z dwóch różnych stron.
W tym czasie U 73 podawał przez radio aktualną pozycję konwoju. Istniało spore prawdopodobieństwo, że wróg mógł wykryć te transmisje i przygotować się do odparcia ataku, ale po pierwsze wiadomości były zaszyfrowane, a po drugie w tamtych czasach nie udawało się dokładnie namierzać transmisji na krótkich falach. W istocie radiostacji używano tylko do wysyłania naprawdę pilnych wiadomości. Oprócz tego, statki i okręty – i to nie tylko niemieckie – pozostawały w ścisłym kontakcie ze stacjami brzegowymi. Na przykład BdU otrzymywał stale informacje o pozycjach i działaniach poszczególnych U-bootów, co pozwalało przerzucać je tam, gdzie były najpotrzebniejsze.
Upłynęło kilka godzin i na U 69 i U 96 również dostrzeżono konwój. Późnym popołudniem obserwatorzy na obu okrętach jednocześnie zauważyli na horyzoncie kłęby dymu, które mogły oznaczać tylko obecność konwoju. Natychmiast przekazaliśmy wiadomość pozostałym jednostkom i po raz pierwszy ruszyliśmy całą naprzód na spotkanie potężnie uzbrojonego nieprzyjaciela.
Morze było nadal bardzo wzburzone, ale wiatr osłabł i poprawiła się widoczność. Załogi obu naszych okrętów pożegnały się okrzykami: ‘Weidmannsheil!’ i ‘Tally Ho!’ Wkrótce mieliśmy podejść do konwoju na tyle blisko, że statki będą doskonale widoczne, i nie stracimy ich z oczu. Sprzyjało nam szczęście, zapadł zmrok, więc oba okręty mogły podejść bliżej bez konieczności zanurzania się.
Kiedy dotarliśmy do czoła konwoju, U 69 zajął bezpieczną pozycję pod kątem do jego kursu. Marynarze stali na pomoście wyprężeni jak na paradzie, brakowało tylko dźwięków marsza. W tych podchodach trzeba było zachować największą ostrożność, aby nie przyciągnąć niepotrzebnie uwagi niszczycieli osłaniających konwój. Krążyły wokół grupy statków handlowych, jak owczarki strzegące stada owiec. Pędziły tam i z powrotem, zygzakując ostro, w poszukiwaniu U-bootów. Kiedy spostrzegliśmy wysokie odkosy dziobowe płynącego niedaleko niszczyciela, zachowaliśmy się uprzejmie, zmieniając kurs, by puścić go przodem.
Niszczyciele były największymi wrogami U-bootów; specjalizowały się bowiem w zwalczaniu okrętów podwodnych. Mówiąc ogólnie, niszczyciel to niezwykle zwrotny i szybki okręt, dysponujący wielką siłą ognia. Jego hydrofony są w stanie natychmiast wykryć torpedę wystrzeloną z U-boota. ‘Rybki’ są właściwie maleńkimi okręcikami podwodnymi. Ich śruba napędowa emituje hałas, który niszczyciel jest w stanie wykryć i na czas zmienić kurs, by uniknąć trafienia. A do tego te niewielkie okręty zygzakowały szaleńczo i zupełnie nieprzewidywalnie zmieniały kurs. U-boot napotkawszy niszczyciel, mógł tylko odpłynąć lub uciec głęboko pod wodę.
Na U 69 panowało podniecenie, załoga widziała konwój pierwszy raz w życiu. Mijaliśmy nieprawdopodobne zagęszczenie masztów. Oszacowałem, że łączny tonaż płynących w konwoju jednostek – czterdziestu frachtowców i co najmniej pięciu-sześciu niszczycieli – przekraczał 200.000 BRT. Moi ludzie mieli nadzieję, że jak najmniej statków wroga zdoła dotrzeć z dostawami do portu przeznaczenia. Podtrzymywała nas na duchu myśl, że U 69 nie był w tej walce osamotniony i że wokół konwoju krążyło paru naszych kolegów, wypatrując w zgrupowaniu co bardziej tłustych kąsków. Będziemy musieli uważać, by nie wchodzić sobie w drogę.
Przyjrzawszy się uważnie konwojowi, wybrałem największy statek – nowoczesny frachtowiec. Atak rozpoczął się około północy. Dopiero wtedy bowiem U-booty znalazły się na korzystnych pozycjach do odpalenia torped.
Powtórzyły się ekscytujące chwile: znowu w celowniku pojawił się statek wroga. Niszczyciele wciąż orały wodę. Trzeba było zwracać uwagę na wszystko, co się dzieje dookoła: żaden z obserwatorów nie mógł ani na sekundę odwrócić wzroku od przydzielonego sektora. Obecność U-bootów nie została jeszcze wykryta. Na pokładzie wielkiego frachtowca nikt nie wyczuwał, jak wielkie zagrożenie czai się w zasięgu wzroku. A na pokładzie okrętu podwodnego wszyscy wstrzymując oddech czekali, aż wydam rozkaz odpalenia torpedy. Spoglądając przez wizjer podałem szeptem informacje o odległości oraz prędkości celu i nakazałem nieco zmienić ustawienie U-boota. Następnie, powoli i z namaszczeniem, odezwałem się:
– Zezwalam na otwarcie ognia.
– Wyrzutnia numer 1… Pal!
‘Rybka’ popędziła w stronę celu.
Verflucht! Kolejna ‘rybka’ zapragnęła latać! Zamiast ruszyć cicho w kierunku statku, kręciła się tylko szaleńczo po powierzchni. Kolejna torpeda stracona, 10.000 BRT uratowane. Nikt wówczas nie mógł wiedzieć, że ten największy statek konwoju, parowiec Huntington o wyporności 10.946 ton, zostanie potem zatopiony przez naszych kolegów […]
W tym momencie na frachtowcu dostrzeżono naszą obecność i statek przyspieszył, by się jak najszybciej oddalić. Cały konwój wykonał zwrot na południe. Kolejny atak wymagał wypracowania nowej pozycji do oddania strzału, a w tych okolicznościach było to już znacznie trudniejsze. Straciliśmy ceny czas. Ale przy drugim nawrocie uzyskaliśmy czyste trafienie. Wybrany przez nas statek przesłoniła fontanna wody, eksplozja odrzuciła w bok całą nadbudówkę wraz z kominem. Kadłub przełamał się na pół i frachtowiec zatonął w parę sekund. Zatopienia dokonaliśmy jedną torpedą. […]
Rozgrzana sukcesem załoga U 69 przystąpiła do ataku na kolejny statek. Mieliśmy już właśnie odpalać z małej odległości torpedę z wyrzutni rufowej. Frachtowiec zrobił jednak zwrot na parę sekund przed wydaniem komendy, odwrócił się do nas rufą i ruszył całą mocą maszyn. Pościg nie miał żadnego sensu. Na statku dostrzeżono U-boota i rufowe działo frachtowca było gotowe do otwarcia ognia. Najprawdopodobniej załoga mogła też wezwać na pomoc niszczyciele. Nie pozostało nam nic innego, jak wynosić się stamtąd możliwie szybko.”

Warto dodać, że w ataku tym – w którym oprócz okrętów wymienionych przez Metzlera wziął udział jeszcze U-107 i włoski okręt podwodny „Michele Bianchi” – zatopiono łącznie 9 statków, w tym jeden eskortowiec. Co ciekawe parowiec „Huntington”, który uniknął torpedy U-69, został zatopiony 24 lutego właśnie przez „Michele Bianchi”.
Bibliografia:
Karl Dönitz, „10 lat i 20 dni. Wspomnienia 1935-1945”,
Jost Metzler, „Śmiejąca się krowa. Opowieść dowódcy U-Boota”.
Fotografia tytułowa: U-249, U-Boot typu VII C, po kapitulacji przed samolotem PB4Y-1 Liberator 9 maja 1945 r. Źródło: Wikimedia / National Museum of the U.S. Navy 80-G-320286, domena publiczna.
Marek Korczyk
