Ewakuacja żołnierzy polskich z Rumunii i Węgier do Francji

Po przegranej Wojnie Obronnej 1939 roku większość polskich żołnierzy, którym udało się opuścić granice Rzeczypospolitej, znalazła się w Rumunii i na Węgrzech. Tam zostali  internowani, niemniej jednak rządy obu krajów wykazały się przychylnością względem Polaków. Był to efekt dobrych przedwojennych relacji, jakie łączyły Polskę z Rumunią i Węgrami. W konsekwencji opuszczenie tych krajów przez żołnierzy Wojska Polskiego było możliwe, choć ze względu na presję Niemiec musiało być prowadzone w sposób nie w pełni jawny, a często pod szyldem tzw. „migracji cywilnej”. Wielu polskich żołnierzy skorzystało z możliwości ewakuacji do Francji, gdzie u boku sojusznika od października 1939 roku formowały się Polskie Siły Zbrojne. Stworzenie trasy ewakuacyjnej było zaś możliwe głównie dzięki sprawnemu działaniu polskiej dyplomacji, przychylności krajów tranzytowych oraz determinacji samych żołnierzy.

Polacy w Rumunii i na Węgrzech

W okresie międzywojennym Rzeczpospolita utrzymywała sojusznicze relacje z Rumunią i Węgrami. Bazowały one na wspólnym poczuciu zagrożenia wywoływanym przez Związek Radziecki. Choć oficjalnie Moskwa deklarowała pokojowe intencje, to przywódcy polscy, rumuńscy i węgierscy nie mieli złudzeń, że przy pierwszej nadarzającej się okazji intensywnie rozbudowywana Armia Czerwona może dokonać agresji na słabsze, sąsiednie kraje.

Problemem okazała się postawa hitlerowskich Niemiec i nadzieje, jakie wobec nich żywili przywódcy rumuńscy i węgierscy. Upatrywali oni bowiem w III Rzeszy potencjalnego obrońcy przez Związkiem Radzieckim. Ich opinii nie zmienił fakt, że na mocy postanowień paktu Ribbentrop-Mołotow Berlin coraz jawniej współpracował z Moskwą.

Polacy – być może z braku alternatywy – cały czas pokładali duże nadzieje w relacjach z Rumunią oraz Węgrami. Dlatego też, gdy 1 września 1939 roku Niemcy dokonały agresji na Polskę, zakładano przezornie, iż w razie porażek na froncie możliwa będzie ewakuacja wojsk do Rumunii i Węgier. Do tych porażek niestety doszło, a 17 września na obszary Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. W związku z tym rząd polski ewakuował się do Rumunii, a poszczególne oddziały – w zależności od swojej lokalizacji i możliwości – do Rumunii lub Węgier (choć niektóre jednostki przedostały się także do krajów bałtyckich). W Rumunii i na Węgrzech żołnierze polscy zostali jednak internowani, a ich sprzęt i uzbrojenie skonfiskowane. Władze rumuńskie i węgierskie, nie chcąc podzielić losu Polski, zdecydowały się na uległość wobec żądań Berlina.

Szlaban graniczny na Przełęczy nad Roztokami – przejście graniczne z Generalnego Gubernatorstwa na Węgry. Widoczni są stojący przy szlabanie żołnierze SS i żołnierze węgierscy. Maj 1941 roku. Władze węgierskie były przyjazne wobec Polaków, jednak w celu utrzymania dobrych relacji z Niemcami internowały one oddziały polskie, które we wrześniu wycofały się na tereny Węgier (NAC).

We wrześniu i październiku 1939 roku na Węgrzech znalazło się ok. 40 tys. żołnierzy polskich, a w Rumunii ok. 30 tys. Żołnierze ci – choć zostawiono im dość dużą swobodę – zostali internowani w przeznaczonych do tego obozach. Były one najczęściej przepełnione, wskutek czego pośród żołnierzy zaczęły szerzyć się choroby, np. malaria. Dlatego naglącą potrzebą stała się ich ewakuacja do Francji, gdzie rozpoczęto odbudowę armii polskiej. Polacy przebywający w obozach chcieli kontynuować walkę. Internowanie na terytorium krajów, które skłaniały się ku sojuszowi – nawet jeśli był on przejawem pragmatyzmu – z III Rzeszą, przekreślało szanse na odtwarzanie regularnych jednostek wojskowych. Nadziei na możliwość dalszej walki słusznie upatrywano zatem w przymierzu z zachodnimi potęgami. Tyle tylko, że droga do Francji i Wielkiej Brytanii biegła przez niemal pół Europy.

Trasa przez Włochy i Jugosławię

Główna trasa ewakuacyjna żołnierzy polskich internowanych w Rumunii i na Węgrzech biegła do Francji przez Jugosławię oraz Włochy. W przypadku Jugosławii – przychylnej Polsce i niezwiązanej żadnymi umowami z III Rzeszą – przewóz polskich żołnierzy nie stanowił większego problemu. Ułatwił to fakt, że już 5 września 1939 Jugosławia ogłosiła formalną neutralność, próbując odciąć się od wojny w Europie. Czas pokazał, iż Jugosławia nie mogła liczyć na spokój – w 1941 roku stała się celem niemieckiej ofensywy. Na przełomie 1939 i 1940 roku jej status oraz postawa władz sprzyjały Polakom, a tranzyt żołnierzy polskich był w pełni tolerowany przez miejscową administrację.

Inaczej wyglądały związki z drugim ze wskazanych krajów tranzytowych. Włochy rządzone przez Benito Mussoliniego były sojusznikiem hitlerowskich Niemiec, ale w 1939 roku nie były jeszcze zaangażowane w wojnę. Włoskie społeczeństwo – a co ważniejsze, nawet włoska dyplomacja i administracja – były bardzo przychylne Polakom i zapewniły żołnierzom Wojska Polskiego wsparcie.

Szczególnie pomocne okazało się włoskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a zwłaszcza kierujący nim Galeazzo Ciano. Ciano, jako zięć Mussoliniego, miał duże wpływy w partii faszystowskiej, a prywatnie utrzymywał przyjacielskiej relacje z polskim ambasadorem we Włoszech, Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. Wieniawa z kolei wykorzystał pewien administracyjny fortel, by przekonać Włochów, iż przewóz polskich żołnierzy nie stoi w sprzeczności z ich sojuszniczymi zobowiązaniami. Ewakuacja do Francji była określana jako sprawa stricte cywilna, zrealizowana w formie „przejazdu robotników”. Rzecz jasna tymi „robotnikami” byli polscy żołnierze.

Minister spraw zagranicznych Włoch Galeazzo Ciano (w jasnym płaszczu) przechodzący przed kompanią honorową Wojska Polskiego na pl. Piłsudskiego. 25 luty 1939 roku. Ciano towarzyszą: gen. Mieczysław Ryś-Trojanowski (w mundurze), gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (w cylindrze na głowie) oraz ambasador Włoch w Polsce Pietro Arone di Valentino (pierwszy z lewej w czarnym płaszczu (NAC).

Gdy Wieniawa udał się do Ciano z prośbą o pomoc, okazało się że Włoch był doskonale zorientowany w sytuacji. Od razu stwierdził (cytat za: Włodzimierz T. Kowalski, „Tragedia w Gibraltarze”): „Tak, znam ten problem waszych robotników w Rumunii i na Węgrzech… już mi o tym meldowano. […] Nie widzę specjalnej trudności… dam instrukcję na Rumunię i Węgry… trzeba będzie wzmocnić personel naszych konsulatów, gdyż nie są one obliczone na taką ilość wizy… mój caro Wieniawa, proszę liczyć na mnie… proszę mnie informować o trudnościach, jakie Pan napotyka… jestem zawsze gotów Panu pomóc… proszę jedynie nie stwarzać dla nas problemów natury politycznej, Pan mnie rozumie? Proszę również, by ci robotnicy nie stwarzali problemów turystycznych, jadąc tranzytem przez Włochy, inaczej będę miał interwencję ze strony podestów [wojewodów]”.

Takie postawienie sprawy pokazywało z jednej strony, iż Włosi mieli dość elastyczne podejście do sojuszu z Niemcami (przynajmniej na tym etapie II wojny światowej), z drugiej, iż tradycyjnie dobre relacje polsko-włoskie znalazły ujście w konkretnych działaniach. Ciano nie był zresztą jedynym wysoko postawionym urzędnikiem, który zadeklarował swoje wsparcie. Zastępca włoskiego szefa Sztabu Generalnego, gen. Mario Roatta, był w przeszłości attache wojskowym w Warszawie i miał świetne doświadczenia z pobytu w Polsce. Dlatego zapewnił podpułkownika Mariana Romeyko, polskiego attache we Włoszech, iż zapewni wsparcie przy przerzucie polskich żołnierzy do Francji. Co ciekawe, Roatta w przyszłości będzie współorganizatorem przewrotu, który pozbawi Mussoliniego władzy. W spisek zamieszany był także Ciano, który postanowił wystąpić przeciwko teściowi. Być może – choć teza ta wymagałaby solidniejszych podstaw – ich postawa względem „polskich robotników” była zwiastunem sprzeciwu wobec polityki faszystów i sojuszu z nazistowskimi Niemcami.

W praktyce pomoc włoska była konkretna – na stacji granicznej z Jugosławią oczekiwał specjalny pociąg z dwoma wagonami dla „polskich robotników”. Kursował on na trasie Postumia-Mediolan-Modane. Ponadto włoskie koleje państwowe wydawały polskim „robotnikom” bilety na kredyt, co było o tyle istotne, gdyż często Polakom brakowało i gotówki, i dokumentów. Tak czy inaczej, przejazd przez Włochy funkcjonował bardzo dobrze, a polscy żołnierze mogli dzięki niemu przedostać się do formowanych we Francji Polskich Sił Zbrojnych.

Dla wszystkich było oczywiste, że Polacy jadą do Francji, by kontynuować walkę z Niemcami. Dlatego też niemieccy dyplomaci nieustannie protestowali w Rzymie przeciwko tranzytowi polskich żołnierzy. Ich protesty były jednak bezskuteczne  – Włosi, konsultując się z polską ambasadą, mieli gotowy szereg wymówek i wykrętów, którymi skutecznie oddalali protesty Niemców.

Obóz organizacyjno-szkoleniowy Wojska Polskiego we Francji. Na tym ujęciu ćwiczy pluton szkoły podoficerskiej. Maj 1940 roku (NAC).

Warto też dodać, że alternatywna trasa – wybrana przez niektórych Polaków – prowadziła przez Grecję, gdzie lokalne władze nie widziały żadnego problemu w tranzycie żołnierzy Wojska Polskiego. Ponadto wsparcie Polakom zapewniały również ambasady francuskie i brytyjskie.

Ilu polskich żołnierzy dotarło do Francji z Węgier i Rumunii?

Jaki był bilans tej ewakuacji? Zdecydowanie bardzo korzystny dla budowanych we Francji Polskich Sił Zbrojnych. Do połowy czerwca 1940 roku udało się ewakuować 22 tys. (73-75% ogółu) żołnierzy z Rumunii oraz 21 tys. (ok. 52% ogółu) żołnierzy z Węgier. Przed klęską Francji przedostało się do niej ok. 33 tys. żołnierzy polskich – co oznacza, że dotarli tam nie wszyscy spośród ewakuowanych. Pozostali przedostali się albo do podległej Francuzom Syrii – ok. 4 tysiące – albo „utknęli” w drodze i zostali następnie zmuszeni przez okoliczności do szukania trasy do innych państw, zwłaszcza Wielkiej Brytanii, gdzie nadal odtwarzano polską armię.

Żołnierze ewakuowani przy wykorzystaniu tras biegnących przez Jugosławię i Włochy stanowili znaczny procent ogółu członków Polskich Siłach Zbrojnych we Francji w 1940 roku. Siły te liczyły bowiem ok. 85 tys. żołnierzy, z czego ok. 50 tys. stanowili rekruci pozyskani wśród francuskiej Polonii a resztę, w zdecydowanej większości, właśnie żołnierze ewakuowani z Węgier i Rumunii.

Ewakuacyjny plan „B” i początki Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich

Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich – w skrócie określana SBSK – zasłynęła jako silna i zdeterminowana formacja Polskich Sił Zbrojnych. Swojej wartości dowiodła zwłaszcza podczas obrony Tobruku i walk w Afryce Północnej. Jej początki były związane właśnie z ewakuacją żołnierzy polskich z Rumunii i Węgier.

Żołnierze Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich po otrzymaniu orderów od gen. Sikorskiego (Wikipedia, domena publiczna).

SBSK zaczęła formować się we francuskiej Syrii w kwietniu 1940 roku. Jej podstawę stanowili żołnierze polscy ewakuowani z Rumunii i Węgier zgodnie z ewakuacyjnym wariantem „B”. Podczas gdy główna trasa ewakuacji żołnierzy z Rumunii i Węgier – plan „A” – biegła przez Jugosławię i Włochy do Francji, plan „B” zakładał przetransportowanie Polaków właśnie do Syrii. Oprócz tego prowadzono także zaciąg ochotników oraz przerzut niektórych żołnierzy – zwłaszcza oficerów – rekrutowanych spośród Polaków przybyłych wcześniej do Francji. Upadek Francji był zresztą najlepszym dowodem na to, iż idea formowania jednostki poza Europą, przy wykorzystaniu alternatywnych tras ewakuacyjnych, była słuszna. W połowie czerwca SBSK liczyła 3000 żołnierzy oraz 1250 ochotników przebywających w punkcie zbiorczym w Bejrucie. Dowodzenie nad tą brygadą objął pułkownik dyplomowany Stanisław Kopański, mianowany w maju 1940 generałem brygady.

Relacje uczestników

Dla „wczucia się” w klimat ewakuacji żołnierzy polskich z Rumunii i Węgier do Francji niezastąpione są wspomnienia uczestników tych wydarzeń. Warto zacytować fragmenty wspomnień dwóch z nich – pułkownika dyplomowanego Stanisława Kopańskiego – wówczas szefa Oddziału Operacyjnego Sztabu Naczelnego Wodza, oraz majora dyplomowanego Franciszka Skibińskiego, oficera 10. Brygady Kawalerii. Relacje te wzajemnie się uzupełniają – Kopański był internowany w Rumunii, a Skibiński na Węgrzech. Warto także odnotować specyfikę warunków internowania, w tym zakwaterowania oraz życia w obu krajach. Na uwagę zasługują odniesienia do chorób, które wpłynęły na stan osobowy oraz możliwości ewakuacyjne.

Stanisław Kopański („Wspomnienia wojenne 1939-46”): „Zorientowaliśmy się, że rola nasza w tym kraju [Rumunii] nie może już być aktywna i że dalsze działania możliwe będą tylko w oparciu o Francję i Anglię. Dowiedzieliśmy się tutaj o utworzeniu w Paryżu Rządu Polskiego. Nie zapomnę nigdy uczucia, z jakim w kościele katolickim w Tulczy posłyszałem znowu po przeszło 20 latach śpiew Polaków ‘Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie’.

Z Tulczy – po kilkunastodniowym pobycie – wywieziono oficerów sztabowych do Calimanesti, a oficerów młodszych do różnych obozów również w południowo-zachodniej Rumunii. Niestety, większość szeregowych pozostała nadal w Dobrudży, w Babadag, na południe od Tulczy, gdzie malaria, połączona ze złymi warunkami zakwaterowania, zaczęła dziesiątkować ich szeregi. Z Tulczy odjechali do Bukaresztu, przy pomocy kpt. de Winter, oficera sztabu gen. Faury, gen. Malinowski i płk Jaklicz. Samochody nasze zostały w Tulczy przejęte przez rumuńskie władze wojskowe. Podróż do Calimanesti odbywaliśmy koleją, jadąc na internowanie. […]

Gen. Stanisław Kopański, już jako szef Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie . Lata 1944-47 (NAC).

W końcu października [1939 roku] udało się stosunkowo łatwo większości oficerów Oddziału Operacyjnego opuścić nielegalnie obóz w Calimanesti i wyjechać do Francji. Pomógł nam w tym ogromnie mjr Zimnal, z-ca. attache wojskowego w Bukareszcie, dawny oficer Oddziału III Sztabu Głównego. Wyjechałem z Bukaresztu w końcu października przez Zagrzeb, Triest, Mediolan, Turyn, Modanę (Mont Cenis) do Francji, gdzie znalazłem się w pierwszych dniach listopada. Poczułem się znowu wolnym człowiekiem, po raz pierwszy od opuszczenia Kraju”.

Franciszek Skibiński („Pierwsza Pancerna”): „W czasie oczekiwania na odmarsz ułożyłem – wspólnie z rotmistrzem dyplomowanym Maleszewskim i kapitanem dyplomowanym Stankiewiczem – zgoła odmienny [od pułkownika Maczka] plan. Postanowiliśmy odmeldować się u Maczka jako już niepotrzebni i uciekać z Węgier do Jugosławii, a potem do Francji, gdzie przecież toczy się wojna z Niemcami. […] Ostatecznie jednak [Maczek] zgodził się, pożegnał nas, ale zapewnił, że przewiduje, iż zostaniemy aresztowani i on sam będzie wskutek tego we Francji wcześniej od nas. W trzy dni później dostał od nas kartkę pocztową z Ventimiglii – już ze strony francuskiej […].

W dniu 23 września wieczorem siedzieliśmy już w pociągu idącym do granicy jugosłowiańskiej. W ostatniej chwili – już z pociągu – wyskoczył Maleszewski, ponieważ stwierdził, iż zostawił w Budapeszcie adres swej żony pozostałej we Lwowie. Pojechaliśmy we dwóch.

Przejazd zarówno przez Węgry, jak i Włochy – nie mówię o Jugosławii – był dziwnie łatwy. Nie rewidowano prawie wcale. Nawet zaczęliśmy trochę żałować naszego dobra [umundurowania zamienionego na ubranie cywilne] porzuconego w Budapeszcie, ale prędko machnęliśmy pogardliwie ręką. Co tam buty, mundury, a nawet pistolety! Rzeczy nabyte – i nabędziemy w jakiś sposób nowe.

Śniadanie jedliśmy na stacji w Trieście, kolację w Genui, już za ostatnie niewielkie liry. Następnego dnia rano byliśmy w Ventimiglii, w wyśnionej Francji i z dumą wysłaliśmy do Maczka wspomnianą kartkę”.

Żołnierze 10. Brygady Kawalerii; w beretach. Stoją od lewej: major dypl. Franciszek Skibiński i dowódca jednostki płk dypl. Stanisław Maczek (Wikipedia, domena publiczna).

Podsumowanie

Jak zatem widać, akcja przerzutu żołnierzy polskich z Węgier i Rumunii do Francji była dobrze zorganizowana, a niemałą w tym zasługę odgrywały dobre relacje osobiste polskich dyplomatów z ich jugosłowiańskimi i włoskimi odpowiednikami. Wymagała także dużej determinacji i pomysłowości żołnierzy i oficerów. Przytoczone wyżej fragmenty wspomnień pokazują także, jak różne były zapatrywania polskich żołnierzy, z jakimi rozterkami musieli się zmierzyć w momencie opuszczenia Rumunii i Węgier. Dla wielu z nich droga w nieznane – często bez jakichkolwiek środków finansowych – mogła oznaczać wręcz pogorszenie sytuacji. Zastrzeżenia płk Maczka mogły być zatem uzasadnione. On sam trafił z Węgier do Francji jeszcze w październiku 1939 roku. Dzięki przychylności władz krajów tranzytowych Polacy mogli niemal nieniepokojeni ruszyć na Zachód.

Jak pokazały dane statystyczne, ewakuacja ta była kluczowa dla utworzenia odpowiednich kadr w Polskich Siłach Zbrojonych na Zachodzie. To dzięki niej ok. 43 tys. polskich żołnierzy zyskało okazję do dalszej walki o wyzwolenie swojego kraju spod hitlerowskiej okupacji.

Bibliografia:

Włodzimierz T. Kowalski, „Tragedia w Gibraltarze”

Franciszek Skibiński, „Pierwsza Pancerna”

Stanisław Kopański, „Wspomnienia wojenne 1939-1946”

Fotografia tytułowa przedstawia żołnierza polskiej 1 Dywizji Grenadierów we Francji. Maj 1940 roku. Źródło: NAC.

Marek Korczyk – student historii na Uniwersytecie Śląskim. Do jego zainteresowań należą przede wszystkim historia wojskowości oraz dzieje XX wieku. Kolekcjoner różnego rodzaju antyków, zwłaszcza numizmatycznych i filatelistycznych, oraz militariów. Za swój cel uważa obiektywne przedstawianie dziejów minionego stulecia oraz popularyzację mniej znanych źródeł i materiałów historycznych.