Umrzeć jak największym kosztem przeciwnika – jak werbowano kamikaze?

Przeszli do historii jako formacja pilotów-samobójców, którzy w obliczu niemal pewnej przegranej w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi postanowili sprzedać swoje życie jak najdrożej. Gdy Amerykanie obserwowali pierwszy atak kamikaze, nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Nie mieściło się im w głowie, że żołnierz może być gotowy do tak wielkiego poświęcenia, wybrać pewną śmierć, by zadać przeciwnikowi jeszcze jeden cios. Japończycy byli. Ataki pilotów-samobójców konsekwencją etosu walki do samego końca, w którym nie było miejsca na kapitulację i niewolę.

W 1944 roku na wyspie Luzon na Filipinach – w okolicach miasta Mabalacat – wśród dowódców japońskich zapadła decyzja o utworzeniu ochotniczej jednostki pilotów-samobójców, znanych powszechnie jako kamikaze. Jak jednak podjęto tą decyzję? Czy oficerowie mieli związane z tym dylematy moralne? Jak przebiegała rekrutacja ochotników? Na te pytania odpowiada książka „Boski Wiatr. Japońskie formacje kamikaze w II wojnie światowej”, która ukazała się w Polsce za sprawą Wydawnictwa Finna. W treści tego artykułu zacytuję wspomnienia jednego z autorów „Boskiego Wiatru” – kapitana Rikihei Inoguchi, który brał bezpośredni udział zarówno w podejmowaniu decyzji o powołaniu kamikaze, jak i w procesie (de facto bardzo krótkim) poszukiwania ochotników do nowej, samobójczej jednostki.

Desperacki plan admirała Ohnishi

Rikihei Inoguchi był świadkiem narady japońskich oficerów, którą odbyto 19 października 1944 roku na Luzonie. Podjęto wówczas decyzję o wykorzystaniu w walce – głównie przeciwko amerykańskim lotniskowcom – pilotów kamikaze. W swoich wspomnieniach Inoguchi pisał:

„Obserwowałem pooraną zmarszczkami twarz admirała [Takijiro Ohnishi]: Moim zdaniem – kontynuował admirał – istnieje tylko jeden sposób maksymalnie efektywnego wykorzystania naszych szczupłych sił. Należy zorganizować specjalne, ochotnicze jednostki szturmowe złożone z myśliwców «Zero» uzbrojonych w 250 kilogramowe bomby. Zadaniem pilotów byłby samobójczy atak na przeciwnika: uderzenie lotem nurkowym w pokład lotniskowców wroga… Co panowie o tym sądzicie?

Admirał intensywnie wpatrywał się w każdego z obecnych [oficerów]. Nikt z nas nie zabrał głosu, ale wszyscy wyraźnie byliśmy poruszeni jego słowami. Taktyka taranowania przeciwnika własnym samolotem (tai-atari) była już wcześniej stosowana przez pilotów lotnictwa morskiego w starciach z ciężkimi bombowcami amerykańskimi i wielu dowódców jednostek bojowych nalegało na zastosowanie jej w działaniach przeciw nieprzyjacielskim lotniskowcom”.

Po naradzie zdecydowano się zrealizować pomysł admirała Ohnishi. Czy świadczyło to o fanatyzmie japońskich oficerów? Z pewnością, choć oprócz tego decyzja ta była motywowana względami, które z fanatyzmem nie miały wiele wspólnego. Powoływano się na statystykę – śmiertelność japońskich pilotów atakujących amerykańskie lotniskowce i tak była bardzo duża, co w praktyce oznaczało, iż piloci wysyłani w lot bojowy musieli liczyć się z niemal pewnym zestrzeleniem i sporym prawdopodobieństwem śmierci. Różnica, w ocenie japońskich dowódców, miała polegać przede wszystkim w stopniu szkód, jakie spisany na straty lotnik mógł wyrządzić nieprzyjacielowi. W konsekwencji bardziej kalkulowało się uderzenie bezpośrednie gwarantujące trafienie celu. Tak ocenił to Inoguchi: „Staje się to bardziej zrozumiałe [powołanie jednostki kamikaze] gdy uświadomimy sobie, w jak dramatycznej sytuacji znaleźli się japońscy piloci w 1944 r. – szansa ich powrotu z lotu operacyjnego przeciw lotniskowcom wroga była bardzo nikła, bez względu na to jaką metodę ataku zastosowano. Jeżeli przeznaczeniem walczącego jest umrzeć, to cóż bardziej naturalnego niż pragnienie, aby jego śmierć nie była daremna i aby dokonała się ona jak największym kosztem przeciwnika?”

Japońskie myśliwce Mitsubishi „Zero” A6M5 Model 52c przed wysłaniem ich z Korei na wyspę Kyushû by wzięły udział w organizowanym ataku kamikaze. Rok 1945. Zdjęcie za: Wikipedia.

Kwatera pełna insektów

Po podjęciu decyzji o powołaniu jednostki kamikaze należało znaleźć ochotników, którzy zgłosiliby się do samobójczej służby. W tym celu Inoguchi, wraz z komandorem porucznikiem Tamai, udał się do kwater pilotów z japońskiej 201. Grupy Powietrznej stacjonującej w Mabalacat. Ingochui zostawił dość zabawny – i kontrastujący z powagą sytuacji – obraz kwater pilotów japońskich oraz ich nieustannej walki… z insektami:

„Podoficerów i szeregowców rozlokowano w pobliskich, typowych dla Filipin prostych zabudowaniach, wzniesionych na niewysokich, może metrowych, palach. Przewiewna podłoga, na której spali żołnierze, była zrobiona z długich, ociosanych prętów bambusowych – idealna w tym klimacie. Na noc rozpościerano na niej koce. Należało rozłożyć je w taki sposób, aby dobrze utkać szczeliny między prętami. Gdy się to nie udało, roje niemiłosiernych kłujących owadów wdzierały się szparami w podłodze pod moskitiery, czyniąc życie lotników nie do zniesienia. Było coś komicznego w bezradności z jaką ci zaprawieni w boju piloci próbowali odeprzeć ‘naloty’ owych krwiożerczych insektów.”

Błyskawiczna rekrutacja

Po przybyciu do kwater zorganizowano zbiórkę 23 młodych pilotów w rangach podoficerskich i zaproponowano im zostanie kamikaze. Rezultat? Wszyscy jednogłośnie zaakceptowali ofertę samobójczej misji. Dziś może to przerażać, jednak wówczas etos śmierci na polu walki był tak silnie zakorzeniony w japońskiej kulturze militarnej, iż przyjęcie propozycji wydawało się jedyną naturalną odpowiedzią. Odmowa byłaby równoznaczna z utratą honoru. Tak opisał to Inoguchi:

„Komandor porucznik Tamai, po konsultacji z dowódcami eskadr, zarządził niezwłoczną zbiórkę wszystkich podoficerów bazy – razem 23 osoby. Przedstawił im krytyczną sytuację, w jakiej znalazły się siły japońskie i wyjaśnił propozycję admirała Ohnishi [o powołaniu jednostki kamikaze]. Podkreślił, że jej akceptacja jest całkowicie dobrowolna. Po wystąpieniu Tamai zgromadzonych pilotów ogarnęło entuzjastyczne podniecenie – jakaś zbiorowa patriotyczna euforia. Wszyscy poprosili o przydział do organizowanej ochotniczej jednostki [kamikaze]. Na zakończenie Tamai podziękował lotnikom za wzorową postawę, podkreślił konieczność utrzymania misji w ścisłej tajemnicy, po czym odesłał pilotów do ich kwater.

Do mnie przyłączył się po północy: Inoguchi – rzekł – oni są tacy młodzi. Nie rozumieją tego, co dzieje się w ich sercach. Ale gdybyś widział ich oczy! Nigdy nie zapomnę wyrazu determinacji na tych twarzach. Wiem, że dla nich to szansa pomszczenia swoich towarzyszy, którzy polegli w ciężkich bitwach na Marianach, Palau i Yap. Ten entuzjazmu to płomień w ich sercach rozniecany żarem młodości.

Skład jednostki samobójczej mieliśmy więc zapewniony”.

Pilot kamikaze, Toshio Anazawa , lecący myśliwcem Ki-43 „Hayabusa” – z 250-kilogramowym ładunkiem bombowym – do walki z Amerykanami w rejonie Okinawy. Pozdrawiają go japońskie uczennice. 12 kwietnia 1945 roku. Zdjęcie za: Wikipedia.

Czy rekrutacja do kamikaze zawsze tak wyglądała?

W opisanym przez Inoguchiego przykładzie dostrzec można duży entuzjazm, jaki wykazali japońscy piloci. Wobec misji, która miała zakończyć się ich śmiercią. Niewątpliwie wpływ na to miało kilka czynników, przy czym kolosalna, wieloletnia indoktrynacja mogła mieć znaczenie podstawowe. Oczywiście rolę mogła także odgrywać wspomniana przez porucznika Tamai chęć pomszczenia poległych towarzyszy broni. Ówczesna sytuacja militarna była niemal tragiczna. Tworzony na Luzonie oddział kamikaze miał za zadanie „wyłączyć z walki” o Leyte amerykańskie lotniskowce poprzez możliwie jak największe uszkodzenie ich pokładów. Mimo desperackich metod sam cel operacji desperacki nie był. Chodziło o poświęcenie kilkudziesięciu maszyn i pilotów, a stawką były szanse na zwycięstwo w bitwie o Filipiny japońskiej flocie. Zwycięstwo, w które silnie wierzyli zarówno admirałowie, jak i prości żołnierze.

Nie oznacza to jednak, że każda rekrutacja do kamikaze była aż tak dobrowolna. Często – zwłaszcza pod koniec wojny w 1945 roku – piloci wyznaczeni do zostania kamikaze byli pod bardzo silną presją. Nieprzyjęcie propozycji oznaczałoby tchórzostwo, co w ówczesnym społeczeństwie japońskim stanowiło powód do hańby. Ponadto poczucie celu nie zawsze było tak silne, jak w przypadku ochotników z Luzonu. W 1945 roku szanse na zwycięstwo Cesarstwa Japońskiego stawały się iluzoryczne i nawet propaganda militarystów dążących do walki „do ostatniego Japończyka” nie była w stanie tego ukryć. Przynajmniej dowódcy musieli zdawać sobie sprawę, że zwycięstwo w wojnie na Pacyfiku oddaliło się bezpowrotnie. Czy wiedzieli o tym zwykli żołnierze? Trudno powiedzieć. Byli przesiąknięci wolą walki do samego końca, a plotki o torturach, jakie spotkają ich w amerykańskiej niewoli skutecznie studziły zapał do kapitulacji. Trudno jednak mówić o pełnej dobrowolności, zważywszy na presję, jakiej byli poddani. Wybór sprowadzał się do prostej alternatywy – życie w hańbie albo bohaterska śmierć. Japońscy piloci w wyraźnej większości wybierali to drugie.

Bibliografia:

Rikihei Inoguchi, Tadashi Nakajima, Roger Pineau, „Boski Wiatr. Japońskie formacje kamikaze w II wojnie światowej”, Wydawnictwo Finna.

Fotografia tytułowa przedstawia jednostkę kamikaze z Luzonu podczas ceremonialnego toastu 25 października 1944 roku. Yuiko Seki, dowódca powołanej jednostki, bierze łyk wody. Tym zaś, który mu ją podaje, jest porucznik Asaiki Tamai. Na środku – odwrócony plecami – stoi admirał Takijiro Ohnishi. Źródło zdjęcia: Wikipedia, domena publiczna. Koloryzacja własna.

Marek Korczyk – student historii na Uniwersytecie Śląskim. Do jego zainteresowań należą przede wszystkim historia wojskowości oraz dzieje XX wieku. Kolekcjoner różnego rodzaju antyków, zwłaszcza numizmatycznych i filatelistycznych, oraz militariów. Za swój cel uważa obiektywne przedstawianie dziejów minionego stulecia oraz popularyzację mniej znanych źródeł i materiałów historycznych.