Jak ORP Błyskawica pomściła ORP Groma

Wiadomość o zatopieniu niszczyciela ORP „Grom” 4 maja 1940 r. wywołała niemiłe zaskoczenie wśród marynarzy z ORP „Błyskawicy”. Wielu z nich nie wyobrażało sobie, że bliźniaczy okręt – do którego wszyscy bardzo się przyzwyczaili – może zostać nagle i niespodziewanie zniszczony. Z tego też powodu ORP „Błyskawica”, chcąc pomścić „Groma”, z wyjątkową determinacją wyruszyła na misję ostrzału stanowisk niemieckich pod Narwikiem. Od razu po przybyciu rozpoczęła intensywny ostrzał, w którym celowano nawet w pojedynczych żołnierzy niemieckich oraz – wbrew wcześniejszej praktyce – niewiele zważano na zniszczenia czynione w mieście. Wymownie opisał to Wincenty Cygan, marynarz służący na „Błyskawicy” (za: „Granatowa załoga”):

‘Na pomieszczenie wszedł podoficer z dziobu. Był on jednym z roznosicieli poczty pantoflowej. Kiedy zbliżył się do grupy ludzi czy schodził na obce pomieszczenie, pewnym było, że ma nowinę. Właśnie stanął obok stołu i zaczął:

– Ja tam nic nie chcę mówić, ale… Przerwał mu ktoś niecierpliwy:

– Więc nie mów!

Ktoś inny udzielił mu głosu pod warunkiem, żeby się streszczał.

Poczciarz więc zaczął od nowa:

– Ja tam nic nie chcę mówić, ale słyszałem, że nasz towarzysz zatonął.

– Jaki towarzysz, który towarzysz? – padały liczne pytania.

– No przecież nie ,.Burza”, bo ta stoi obok nas!

W ten sposób jak zwykle przez pocztę pantoflową dowiedzieliśmy się o zatopieniu naszego ORP „Gromu”.

Wiadomość ta wydawała nam się zbyt złą, by być prawdziwą.

– Gdzie pan to podsłyszał?

– Ze źródeł wiarygodnych. (Mówił jak agencja prasowa).

To nam wystarczyło. Popatrzyliśmy jeden na drugiego takim wzrokiem, jak patrzą ludzie, z których każdy nagle stracił jedną z kończyn. Poczta pantoflowa przekręcała wprawdzie fakty, ale nie kłamała, na nieszczęście nie kłamała. Po pierwszym zaniemówieniu ktoś zapytał:

– A jak załoga?

– Szczegółów nie znam. Podobno około jednej trzeciej zatonęło, jest też wielu rannych. […]

Wczesnym rankiem odkotwiczyliśmy i prosto gnaliśmy pod Narwik. We fiordzie narwickim w pewnym miejscu na powierzchni wody utrzymywało się wciąż parę połaci boczku, koła ratunkowe, jak też i kilka połamanych wioseł. To było wszystko, co pozostało z naszego bliźniaczego ORP „Gromu”. Byliśmy naprawdę jak bliźniacy, kiedy mosiężne litery nazw na burtach zostały zamalowane, a gdy płynęliśmy w parze, nikt nie odróżnił „Gromu” od „Błyskawicy”.

ORP „Grom”, czyli „potwór z Narwiku” (NAC).

Do towarzyszenia w patrolu mieliśmy, jak zwykle, milczący angielski KT [kontrtorpedowiec]. Na lądzie zauważyć można było większy ruch grup niemieckich. Podeszliśmy bliżej portu. Na drogach snuły się liczne ekipy ciągnące załadowane sanki. Z pięknego bloku, wyglądającego na hotel, stojącego na zboczu pagórka, wychodzili i wchodzili żołnierze. Dowódca i oficer artylerii przystawiali do oczu lornety.

– Posłać im tam parę kruszących – pobiegły instrukcje do dział głównych.

Pierwsza salwa utkwiła w celu. Budynek buchnął płomieniem i niedługo znikł z powierzchni.

Zbliżyliśmy się do nadbrzeża portu na odległość tysiąca metrów. Jeszcze bliższe podejście było niemożliwe z powodu wraków zatopionych [niemieckich] okrętów. Swastyki na masztach wystających z wody wciąż powiewały. Z miejsca, gdzie staliśmy, widać było w rogu portu stojący pociąg z dymiącą lokomotywą.

– Zniszczyć ten pociąg! – padł rozkaz. Kilka pocisków ugodziło w skład, niszcząc część wagonów. Kule jednego z dział przeniosły, lądując w mieście. Wybuchły tam pożary. Wokół palącego się pociągu roiło się od żołnierzy. Na to tylko czekały czterdziestki.

– Długimi salwami!

Rój rozpierzchł się. Nie wszyscy jednak. Jedni padli zapewne na amen, wielu wolało pozostać, lgnąc między progi i szyny toru.

Ocalali spod naszych granatów wpadli w jakiś długi budynek stanowiący część magazynów portowych.

– Użyć pocisków przeciwpancernych! – podano artylerzystom.

Magazyn rozgorzał wesoło. Po pięciu minutach zjawiła się straż pożarna obsługiwana przez ludzi w hełmach strażackich, jak też i przez Niemców. Słyszeć można było głos dzwonków na samochodach-sikawkach i nawoływania ludzi. Olszyna przejechał się po kłębowisku ludzkim ze swojego nkm-u.

– Nie w cywilów! Nie w cywilów! – ostrzegano go z pomostu

– Ja ich tu zaraz odseparuję… – odpowiadał Olszyna i siał dalej kośliwie, aż dech zapierało. Za Olszyną zaterkotał również nkm dziobowy. Miejsce, gdzie stały sikawki i ich obsługi, pokryło się w krąg leżącymi. Lokomotywa pociągu stała jeszcze nienaruszona i dymiąca.

– Zniszczyć i maszynę! – rozkazał dowódca. Strzelały dwa działa pojedynczymi salwami.

Ból bębenków w uszach stawał się już niemożliwy. Pociski przenosiły, rażąc miasto. Widać tam było z minuty na minutę wzmagające się pożary. Za czwartą salwą lokomotywa zajaśniała żarem i dymami. Nabrzeże portu pokryło się czarnymi kraterami, wokół których topniał śnieg.

Narwik na pocztówce z 1928 r. (Wikimedia / Anders Beer Wilse, domena publiczna).

Zjawiły się nieprzyjacielskie samoloty. Obsługi boforsów dostały polecenie strzelania bez rozkazu. Dalmierze trzymały samolot na celu. Kiedy odległość zmniejszyła się do pięciu tysięcy metrów, podawano ją do dział, aż do odlotu. W chwilach znajdowania się samolotu nad samym okrętem działa przestawały zwracać uwagę na podawaną odległość, a waliły, po prostu obserwując linię świetlnych pocisków. Pierwszy samolot wyglądał na zdeterminowanego do rzutu bomb dokładnie w cel [jakim była ORP „Błyskawica”]. Dostał się w zasięg naszych dział.  Pociski rozpryskiwały się pod jego skrzydłami i nosem. Wykonaliśmy unik z precyzją. Bomby spadły tuż za rufą. Samolot był w odwrocie.  Stalowe gardziele skierowały się na drugi. Z pierwszego samolotu oderwało się teraz coś, co z tej odległości wyglądało jak kartka zeszytowego papieru i ruchem chybotliwym, liścia opadało w dół. Samolot tracił szybko na wysokości. Dalszy jego los zasłonił grzebień gór. Drugi atakujący w momencie odczepienia bomb był w odległości pionowej pięciu tysięcy metrów. Atak jego, jak i jego poprzednika nie powiódł się. Współpraca całej załogi przy manewrach unikania lecących z zenitu konewek była tak zgrana i precyzyjna, że tylko przy złym wycelowaniu mogli nas trafić. Niemcy celowali jednak dobrze. Bomby zawsze padały w ślad piany za rufą, gdzie parę sekund temu znajdował się okręt.

Nastąpiło jeszcze parę nalotów, a potem krótka przerwa. Z basenu portu wypłynęło parę łodzi wiosłowych, których ludzie wyciągali coś z wody. Patrzyliśmy przez lornety. Obsady tych łodzi łowiły czerpakami martwe ryby. Od czasu ataków powietrznych cała woda fiordu pokryta była martwymi rybami. Po każdej eksplozji w wodzie ryb przybywało. Ludzie w łodziach, po wyciągnięciu jeszcze kilku czerpaków, szybko zawrócili do nabrzeża portu. […]

Półmrok zapadł i ataki powietrzne zostały przerwane. Podchodziliśmy jak najbliżej do lądu i z broni maszynowej siali śmierć tam, gdzie tylko mundur niemiecki się pokazał. Rozpoznaliśmy, że z na wpół zatopionych statków przy molu Niemcy robili próby wyładowania sprzętu i amunicji. Nie mogliśmy sobie dłużej pozwolić na ignorowanie nawet małych skupisk Niemców. Krew kolegów z „Gromu” wołała o pomstę!’

Bibliografia: Wincenty Cygan, „Granatowa załoga”.

Fotografia tytułowa: ORP „Błyskawica” i „Grom” w brytyjskim porcie pod koniec 1939 r. Źródło: Wikimedia / IWM HU 76126, domena publiczna

Marek Korczyk